Głęboko wierzę, że nie należy uprawiać seksu przed ślubem – miłość fizyczna może być czymś wyjątkowym jedynie dzięki wstrzemięźliwości. To dar przeznaczony dla współmałżonka.
Strona główna Dom i ogród Psychologia Psychologowie wskazali 14 argumentów za wspólnym mieszkaniem przed ślubem.
Proponuję najpierw zapoznac się z katolicka nauką (nie polecam rozmów z księżmi), co, jak, dlaczego. Jeśli dalej będziesz uważała że seks przed ślubem to samo dobro no to niewiem jak chcesz do sakramentów w stanie grzechu cięzkiego przystępować. A czemu seks przed ślubem jest grzechem. Nie chce mi się pisać na ten temat wywodów.
Majątek nabyty przed ślubem to majątek, który został nabyty przez jednego lub oboje małżonków przed zawarciem małżeństwa. Może to być majątek ruchomy lub nieruchomy, taki jak domy, samochody, akcje i obligacje. Majątek ten może być wykorzystywany do wspierania rodziny po ślubie i może stanowić ważny element planowania
. Dylemat związany z tym, czy dobrze jest mieszkać ze sobą przed ślubem, narodził się stosunkowo niedawno – jeszcze kilkanaście lat temu bowiem niemal nie do pomyślenia było wspólne mieszkanie bez ślubu, a na pary żyjące w konkubinacie patrzyło się zwykle krzywo. Teraz nikogo taka sytuacja już ani nie dziwi, ani nie razi, natomiast dylemat „czy to ma sens?” silnie zakorzenił się w sercach wielu przyszłych panien młodych. No właśnie – razem, czy osobno? Jakie są zalety wspólnego mieszkania przed zalegalizowaniem związku, a jakie są wady podjęcia takiej decyzji? Zacznijmy od plusów Zwolenniczki mieszkania z narzeczonym twierdzą, że to dobry sposób na sprawdzenie się w tzw. szarej rzeczywistości. - Dzięki temu, że spędzaliśmy pod jednym dachem kilkanaście godzin dziennie, mogliśmy poznać swoje prawdziwe charaktery- twierdzi Beata- To był dobry sprawdzian, bo po ślubie nie przeżywaliśmy wstrząsów związanych z codzienną egzystencją. Wiedziałam, co mnie czeka: chrapanie, beztroskie porzucanie zużytych skarpetek pod łóżkiem, niedokładne mycie naczyń i tak dalej... Proza życia. Miałam okazję poznać tę trudniejszą część charakteru swojego przyszłego męża, miałam okazję „zaliczyć” kilka awantur związanych z mieszkaniem pod jednym dachem. Po ślubie nie czułam rozczarowania, bo wiedziałam, na co się piszę. Niewątpliwie lepsze poznanie siebie to ogromna zaleta. Podczas codziennych spotkań, trwających nawet po kilka godzin, nie poznamy drugiego człowieka tak dobrze, jak podczas wspólnego mieszkania. Możemy odkryć nie tylko jego wady, ale także zalety, które wcześniej z różnych powodów nam zwyczajnie umykały. Sprawdzimy też własne możliwości w zawieraniu kompromisów, „przetestujemy się” w trakcie kłótni czy awantur, które diametralnie różnią się od sprzeczek, jakie miewaliśmy dotychczas. Nauczymy się także wspólnie gospodarować pieniędzmi, dzielić obowiązkami domowymi, a tym samym zorientujemy się w tendencjach partnera związanych zarówno z aspektami finansowymi, jak i z podziałem ról. Po prostu dowiemy się, jakie tak naprawdę ma on podejście do życia we dwoje. Czy jednak dzięki wspólnemu mieszkaniu przed ślubem można uniknąć wszystkich rozczarowań? Aspekty mniej pozytywne... Nie ukrywajmy – ludzie się zmieniają. Zmianom ulega zarówno charakter, jak i podejście do życia, modyfikują się także oczekiwania wobec partnera. Zatem wspólne mieszkanie przed zalegalizowaniem związku nie musi oznaczać, że w przyszłości unikniemy rozczarowań. Owszem, poznamy lepiej naszego przyszłego małżonka, ale poznamy go lepiej na „teraz”, ponieważ nikt nie da nam gwarancji, że za pięć czy dziesięć lat jego zachowanie nie ulegnie zmianie i to nawet o sto osiemdziesiąt stopni. - Mieszkanie razem przed ślubem?- zastanawia się Ewa- Nie, to nie dla mnie. Chyba dlatego, że z poprzednim chłopakiem „pomieszkiwałam” przez jakieś dwa lata. To był błąd. Oczywiście poznałam go lepiej, ale wydaje mi się, że dobrze poznać człowieka można i bez codziennego przebywania z nim w czterech ścianach. Takie mieszkanie razem spowodowało, że ślub zaczął oddalać się w nieokreśloną przyszłość. Bo po co legalizować związek, w którym tak naprawdę odgrywamy już role męża i żony? Mój facet nie widział sensu zmieniania czegoś, co było mu na rękę. Miał same plusy małżeństwa, bez pobierania się. Świadczyłam usługi full-service na etacie żony, chociaż żoną nie byłam i wizja stania się nią oddalała się z każdym miesiącem. Nie muszę chyba dodawać, że ten związek nie przetrwał. Czy dzielenie dachu nad głową może rzeczywiście przesunąć datę ślubu? Okazuje się, że to dość często spotykany scenariusz. Wielu parom wspólne mieszkanie wystarcza w zupełności i decyzję o zalegalizowaniu związku przekładają w nieskończoność. Jeśli obu stronom taki układ odpowiada, to oczywiście nie ma żadnego problemu. Jeżeli jednak któraś ze stron nie potrafi zaakceptować „życia na kocią łapę” bez szansy na jego zmianę, może pojawić się prawdziwy kłopot. Dochodzi do wyraźnego konfliktu interesów bez większej szansy na kompromis, ponieważ oczekiwania obu stron różnią się od siebie diametralnie. A inne wady wspólnego mieszkania? O ile „proza życia” jest rzeczywiście doskonałym testem charakterów, o tyle potrafi skutecznie usunąć w dal magię narzeczeństwa, która dla wielu przyszłych panien młodych ma kolosalne znaczenie. - Nie chcę w trakcie przygotowań do ślubu myśleć o brudnych skarpetkach Piotrka, albo o tym, że znowu nie wyniósł śmieci- śmieje się Ania- Jestem realistką i wiem, że będę się musiała z takimi sprawami liczyć, że nie jeden raz wybuchnie awantura o nie pozmywane garnki, albo o zakup głośników do samochodu za ciężkie pieniądze, które przeznaczone były na zupełnie inny cel. Z wszystkimi wadami wspólnego życia, z wadami mojego partnera, będę zmuszona się zmagać przez resztę swoich dni, szukać kompromisów, czasem przymykać oko. Niech więc chociaż okres narzeczeństwa będzie od tego wszystkiego wolny. Zresztą naprawdę nie trzeba spędzać ze sobą całych dni, by się poznać. Jeśli jakiś związek trwa lata, to i bez dzielenia dachu nad głową można doskonale poznać cechy charakteru drugiego człowieka. W pewnym momencie one po prostu zaczynają wychodzić na jaw. Oczywiście są chwile, w których „już” chciałabym się przeprowadzić do Piotrka i być przy nim, gdy zasypiam i kiedy się budzę... bo wspólne mieszkanie to przecież także ogromna przyjemność bycia razem. Ale myślę, że czekanie na to też ma swój nieodparty urok. Dla mnie zdecydowanie więcej plusów ma mieszkanie osobno przed zawarciem związku. Czy istnieje złoty środek? Każda para prezentuje inne podejście do życia i inne oczekiwania wobec siebie nawzajem. Tak długo, jak te oczekiwania są zgodne, wszystko jest w porządku. To przecież od dwojga ludzi zależy, czy zamieszkają razem jeszcze przed zalegalizowaniem związku, czy też zdecydują się na ten krok dopiero po ślubie. Czy jednak można mieć i jedno i drugie? Namiastkę wspólnego mieszkania mogą stanowić wspólnie spędzane urlopy, czy też przenocowanie u partnera od czasu do czasu. Z pewnością dwutygodniowy wyjazd pomoże nam poznać się lepiej, nie zastąpi jednak codziennego życia. Pozostaje nam zatem zastanowienie się jaki wariant bardziej pasuje do naszego związku i czy bycie z narzeczonym przez 2/3 doby to jest rzeczywiście to, czego chcemy doświadczyć już przed ślubem. Bo może warto wspólne mieszkanie zostawić sobie „na deser”? Decyzja oczywiście zależy wyłącznie od nas samych.
Leave a Comment / Poradnik dla kobiet, Poradnik dla mężczyzn,
Leave a Comment / Poradnik dla kobiet
Myślę, że to moje doświadczenie i świadectwo da coś do myślenia tym, którzy pytają, dlaczego nie współżyć przed ślubem. Być może pomogę komuś podjąć decyzję… Mogę tylko przestrzec przed zgubą i modlić się o jasność myśli oraz trafność decyzji dla Was wszystkich. Miłujcie się, 1/2007 Jako nastolatek byłem dookoła bombardowany treściami pornograficznymi, przekazywanymi w przeróżny sposób, które mniej lub bardziej dosadnie docierały do mnie i pozostawiały ślad w moich myślach. Moi rówieśnicy też ulegali temu wpływowi. Coraz częściej słyszałem opowiadania kolegów o ich podbojach i zdobyczach, o zaliczonych panienkach. Ja zawsze marzyłem o tym, by ta chwila była wyjątkowa, żeby to nie było gdzieś tam w przysłowiowych krzaczkach, z pierwszą lepszą dziewczyną, i to w dodatku pod wpływem alkoholu. To mnie jakoś motywowało i trzymałem się. Były wprawdzie imprezy, alkohol, dziewczyny, ale wszystko do ustalonej granicy. W międzyczasie odkryłem piekło masturbacji i popadłem w bagno samogwałtu. Wreszcie spotkałem „inną” dziewczynę. Na początku naszej koleżeńskiej znajomości dużo się sprzeczaliśmy, wymieniając poglądy na świat. Ona motywowała mnie do pracy nad sobą i do tego, by pokazać jej, że nie każdemu facetowi chodzi tylko o to jedno. Powoli zdobywaliśmy swoje zaufanie i rodziła się nasza wzajemna sympatia. Któregoś dnia, a wyszło to tak „samo z siebie”, zostaliśmy parą. Byliśmy dla siebie pierwszymi tak poważnymi partnerami. Nasze częste spotkania i szczere rozmowy sprzyjały dobremu rozwojowi związku. Oboje bez żadnego bagażu z przeszłości, bez przykrych doświadczeń, poznawaliśmy się i uczyliśmy się siebie nawzajem. Świat nagle stał się taki piękny, wydawało się, że los nam siebie zesłał. Zauroczeni sobą po uszy, pewnego dnia wyznaliśmy sobie miłość. Wiem, że wymówiliśmy wtedy nasze szczere, wzajemne „kocham cię”. Mieliśmy do siebie ogromne zaufanie i szacunek. Po pewnym jednak czasie pocałunki i tulenie się do siebie przestało nam wystarczać. W naszych rozmowach co jakiś czas zaczął pojawiać się temat seksu. Szanowaliśmy się, ufaliśmy sobie, darowaliśmy więc swój skarb ukochanej osobie. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi, zachwyceni tym, ale… w nas niepostrzeżenie się coś złamało, pękło ogniwo łańcucha pięknego uczucia. Oczywiście nie zauważyliśmy tego – byliśmy pewni, że wszystko jest na najlepszej drodze, i wciąż „pogłębialiśmy” w ten sposób nasze uczucie, szukając do tego oznaką rozkładu naszego związku były coraz większe różnice zdań pomiędzy nami i wynikające z nich sprzeczki, które bagatelizowaliśmy w imię tolerancji. Pewnego dnia, kiedy byliśmy już ze sobą półtora roku, po ostrej kłótni moja dziewczyna postanowiła ode mnie odejść; jak się później okazało – do faceta, który potrafił ją wysłuchać, zrozumieć i się nie kłócił. Potem podjęła próbę naprawy tego, co się często, wiedząc jednak, że nie możemy sobie pozwolić na seks, skoro teoretycznie nie było naszego związku. Taka sytuacja trwała dwa lata, potem wróciliśmy do siebie. Zmuszeni wcześniej do wstrzemięźliwości, nadal strzegliśmy się nawzajem, by nie dopuścić do współżycia. Zaczęliśmy wspólną naprawę naszego związku. Wszystko szło w dobrą stronę, odbudowaliśmy swoje zaufanie. Mimo to po dwóch latach trwania w czystości znowu się zagalopowaliśmy i wspólnie upadliśmy na dno. Brnęliśmy w grzech z najszczerszym przekonaniem, że idziemy w dobrą stronę. Powróciły sprzeczki. Tym razem pękł „spaw” na wcześniej rozerwanym, ale naprawionym przez nas łańcuchu.
dlaczego nie należy współżyć przed ślubem